
© Tatyana Gladskih
Maciuś urodził się w 1993 r szpitalu im. Narutowicza w Krakowie.
Nie chciałam rodzić sama, w pozycji na plecach, przypięta do kroplówki, dlatego myśleliśmy o porodzie w domu. Niestety nie udało nam się znaleźć położnej, która zgodziłaby się do nas przyjść. Od prowadzącego lekarza dowiedziałam się, że w szpitalu im. Narutowicza jest sala porodów rodzinnych, gdzie można rodzić w dowolnej pozycji, jest łazienka, materac, piłka itp. a dzieci po porodzie nie są oddzielane od matek. Żeby się tam dostać trzeba było przejść tzw. kwalifikację, co oznaczało rozmowę z ordynatorem, badanie, rentgen płuc męża, zaświadczenie ze szkoły rodzenia i „dobrowolną” wpłatę na konto fundacji. Załatwiliśmy to wszystko i dostaliśmy skierowanie do porodu rodzinnego. W ostatnich tygodniach ciąży na wizyty chodziłam do szpitala:
5 X „rozwarcie 1cm, główka nisko, można rodzić”.
14 X „rozwarcie 1cm, główka nisko, można rodzić”
21 X „rozwarcie 1cm, główka nisko – spotykamy się na porodówce”
23 X „KTG w porządku, dlaczego pani jeszcze nie rodzi ?”
Wreszcie 24 X o 4 rano zaczęło się coś dziać. Wstałam do łazienki i poczułam, że odchodzą wody. Próbowałam się jeszcze położyć, ale pojawiły się skurcze. O 04:20 obudziłam męża, zjedliśmy coś i zaczęliśmy się pakować. Po 07:00 byliśmy w szpitalu. W izbie przyjęć badanie, papierzyska, przebieranie i na górę. Chciałam iść na piechotę po schodach, ale zawieźli mnie na wózku. Na górze znowu badanie: rozwarcie na dwa palce, szyjka bardzo cienka. Weszłam do wanny, ale po chwili musiałam wyjść – biegunka, wymioty, krew z nosa. Mój biedny mąż miał co robić. I kto powiedział, że na początku porodu dobrze jest zjeść coś lekkiego? (chyba po to, żeby było czym wymiotować, ale na to najlepszy jest kisiel. Smakuje tak samo w obie strony).

© Jérôme SALORT
KTG było nieprzyjemne, musiałam leżeć na plecach, a dziewczyna która przyszła z aparatem strasznie mnie popędzała, nie chciała poczekać do końca skurczu.
Kiedy skurcze zrobiły się naprawdę bolesne, poprosiłam o coś przeciwbólowego. Przyszła położna i powiedziała, że jak chciałam rodzić naturalnie, to naturalnie i ona mi nic nie może dać. I tyle. Cierpiałam więc dalej, starając się oddychać. Siedziałam oparta o męża i dryfowałam na granicy snu i jawy, co samo w sobie nie było przyjemne. O 13:00 czy 14:00 okazało się, że są 4 cm. rozwarcia. Wtedy znowu weszłam do wanny. Po półgodzinie, kiedy było już pełne rozwarcie, wyszłam z wody i uklękłam przy wersalce. Pojawiły się skurcze parte, ale słabe. W tym czasie do pokoju obok przyszła jakaś para i oni urodzili przed nami (dziewczynkę o połowę mniejszą od Maciusia). Miałam wrażenie, że przez jakiś czas nikt się mną nie interesował. Po dwóch godzinach przyszła pani doktor, dostałam 3 razy po pół tabletki oksytocyny. Położna kazała mi przejść na fotel, twierdząc, że w pozycji klęczącej nie widzi krocza i nie może odebrać dziecka. Serce maluszka pracowało cały czas równo, ale główka schodziła bardzo powoli. Pani doktor zdecydowała, że czas urodzić i położyła mi się na brzuchu. Miałam wrażenie, że się duszę. Położna nacinała mnie dwa razy, podobno barki nie chciały się urodzić z powodu pępowiny, która je przytrzymywała. Czytałam gdzieś, że nacinanie nie boli.
Wreszcie o 17:05 urodził się chłopczyk, ważył 4,1 kg. Położono mi go na brzuchu, ale zaraz został zabrany do cieplarki, podobno żeby mógł odpocząć po porodzie.
Szycie było koszmarne mimo zastrzyku przeciwbólowego. Pielęgniarka mrugając porozumiewawczo do męża mówiła, że dała mi podwójne znieczulenie, i że na pewno mnie nie boli. Nie znoszę, kiedy traktuje się mnie w ten sposób – wmawiając, że nie czuję tego, co czuję i usiłując mnie nieudolnie oszukiwać.
Maciusia przyniesiono mi dopiero rano, zawiniętego w becik. Spał. Był ciężki, ledwie dawałam radę go nosić. Bolało mnie wszystko, nawet mięśnie twarzy.. Paskudna, brudna łazienka. Kłopoty w ubikacji – nie mogłam usiąść na ustępie. W końcu wysiusiałam się na stojąco, pod prysznicem, jak inne panie. Fuj. Kazano nam myć się szarym mydłem i nie za często, bo się szwy rozpuszczą. Rano podczas obchodu wszystkie rzeczy musiały być w szafce, a panie schludnie uczesane… Od bólu – pyralgin. W drugiej dobie obowiązkowo coś na przeczyszczenie. Na pogryzione brodawki i hemoroidy ta sama obrzydliwa, śmierdząca maść. Żadnej intymności przy badaniu. Byłam chyba kłopotliwą pacjentką, bo nie myłam się szarym mydłem, nie smarowałam, nie zażywałam, nie sprzątałam… Nie pozwoliłam sobie macać piersi. Chciałam lidokainę w sprayu – nie wolno, bo się wtedy źle goi. Być może, ale za to można siadać ! Swoją drogą ciekawe, skąd przekonanie, że do dobrego gojenia potrzebny jest ból ?.

© Tatyana Gladskih
W szpitalu mają praktyki dziewczyny ze szkoły położnych i dzięki nim jakoś funkcjonowałam, bo pomagały przy dziecku, zmieniały pościel itp. Było mi trudno się ruszać.
Na szczęście Maciuś nie miał żółtaczki i w czwartej dobie mogliśmy wyjść do domu. Przyjechał po nas brat męża. Przez chwilę obawiałam się, że w ogóle nie wsiądę, w końcu udało mi się uklęknąć na tylnym siedzeniu. W domu zdołałam się położyć, ale z wstawaniem były duże kłopoty. Byłam nieszczęśliwa i obolała. Położna środowiskowa z przychodni też chciała mnie badać i obmacywać. Podziękowaliśmy grzecznie.
Po dwóch tygodniach brodawki nadal miałam popękane i ciągle nie mogłam siedzieć, dlatego wymyślałam różne dziwne pozycje do karmienia np. na stojąco, z dzieckiem leżącym na naszym wysokim stole, albo w ubikacji na ustępie. Dopiero po 6 tygodniach zaczęło być trochę lepiej.
Przez 9 miesięcy, byłam kłuta, dotykana, ktoś, w gruncie rzeczy mi obcy, wpychał mi ręce w intymne miejsca, czułam się źle, moje ciało tak jakby nie należało do mnie a w końcu zmieniło się w sposób nieodwracalny. Blizna po nacięciu, rozciągnięta skóra na brzuchu, obwisłe piersi, buty większe o pół numeru…Miało być wspaniale, wzniośle i pięknie. Było okropnie. Wszystko nie tak.
Kochałam mojego ślicznego synka, ale nie chciałam już więcej dzieci.
Eleonora Bojarska


Witajcie,
mam na imię Małgorzata. Jestem mamą dwóch dorosłych, wspaniałych synów. Mimo, że od ich pierwszego oddechu minęło wiele lat, jak dziś pamiętam tamte chwile, radość i szczęście, ale również pytania i wątpliwości...
Rzeczywiście tak wtedy myślałam. Przez jakiś czas. O tym, co wydarzyło się później, przeczytacie w kolejnych felietonach.
Eleonora Bojarska, 15 października 2010 o 12:55
ciekawe co bedzie dalej
ola, 7 stycznia 2011 o 23:47