
© Greg Blomberg
W 1995 znowu byłam w ciąży. Mąż się cieszył. Ja początkowo nie. Na szczęście ciąża była niekłopotliwa. Tym razem w poszukiwaniu możliwości porodu domowego zaszliśmy dalej. Zadzwoniłam do Katowic, do Stowarzyszenia na Rzecz Naturalnego Rodzenia i Karmienia. Dowiedziałam się, że w Tychach powstała szkoła rodzenia i jedna z położnych podobno odbiera porody w domu. Pojechaliśmy do Tychów na rozmowę. Poznaliśmy dwie miłe Panie, ale nie wszystko nam się spodobało - wyglądało na to, że to będzie poród szpitalny w domu. Panie stawiały np. warunek, że poza nami w domu nie może być nikogo innego. Nie zależało mi na tym, żeby ktoś był, ale wolałam sama o tym decydować. Umówiliśmy się na telefon..

© Adam Borkowski
W 35 tygodniu byłam na wizycie i okazało się, że szyjka zaczęła się rozwierać. Miałam leżeć i zażywać no – spę. W tej sytuacji zrezygnowałam z porodu w domu, chyba jednak z ulgą. Leżałam dwa tygodnie, jak się okazało niepotrzebnie, bo nic się nie działo, a kolejne 3 tygodnie znowu chodziłam na badania i znowu już miałam rodzić.
Zaczęło się na dzień przed terminem, ok. 4 rano, od skurczów. Obudziłam męża, pakowanie, tym razem na wszelki wypadek bez jedzenia. O 06:00 zadzwoniliśmy po babcię, która miała zająć się Maciusiem. O 7:00 wyjście do szpitala. Jechałam klęcząc na przednim siedzeniu. Zeszłam po schodach do Izby Przyjęć, a dalej nie bardzo mogłam iść, mąż poszedł po wózek. Dalej było bardzo nieprzyjemnie – jakaś pani, podobno lekarz, chciała mnie zbadać, ale nie chciała poczekać, aż minie skurcz. Zaczęła mnie szarpać i pokrzykiwać, żebym wstała. Wstałam, przy następnym skurczu oparłam się o męża, pani znowu zaczęła krzyczeć, żebym wchodziła na fotel . Kiedy odmówiłam, powiedziała obrażona „To niech panią mąż bada !”. Kiedy mnie w końcu zbadała, była bardzo zdziwiona , że to już prawie 7 cm, i że mam takie częste skurcze. Kiedy zobaczyła skierowanie do porodu rodzinnego, nagle zrobiła się grzeczna i chyba nawet zaczęła przepraszać.
Pojechaliśmy na górę, po badaniu weszłam od razu do wanny. Mąż w tym czasie „udzielał wywiadu”, odpowiadając na całą masę dziwnych pytań typu data ostatniej miesiączki , choroby zakaźne w dzieciństwie itp. Chyba trochę zmyślał. Wyszłam kiedy poczułam, że skurcze robią się nieefektywne. Okazało się, że jest już pełne rozwarcie. Przyszła pani doktor, kazała się położyć, przebiła pęcherz płodowy. Bardzo chciała, żebym poszła na fotel, ale nie zgodziłam się, zresztą było już za późno. Kasia urodziła się po 3 czy 4 mocnych skurczach. Niewielkie nacięcie, z czego byłam nawet zadowolona, bo okazało się, że miałam otorbiony szew. Szycie oczywiście okropne, na szczęście nie trwało to długo. Potem prysznic (w tym czasie mąż nosił małą, bo płakała) i pierwsze karmienie. Mąż był z nami przez jakieś trzy godziny po porodzie. Potem Kasię zabrano na salę noworodków na chwilę, która trwała 3 godziny. Musiałam się upomnieć, żeby przywieźli ją z powrotem. W drugiej dobie dostała żółtaczki, musiała leżeć pod lampą. Odciągałam pokarm, bo pielęgniarki nie chciały jej wyjmować do karmienia. Pierwszy raz było tego niewiele, więc pielęgniarka dolała do mojego pokarmu Bebiko. Mąż kupił Nutramigen a ja musiałam pilnować, żeby nie dostawała niczego innego.

© ta_samaya
Następnego dnia inna pielęgniarka powiedziała, że moje dziecko nie chce jeść. Poszłam zobaczyć i stwierdziłam, że mała płacze z głodu, ale wypluwa smoczek, bo jest w nim za duża dziura i po prostu nie nadąża połykać. Skończyło się na tym, że jednak dostawałam ją do karmienia. W kwestii toalet nic się nie zmieniło, dalej obskurnie. W salach gorąco, na korytarzach pootwierane okna. W sali noworodków chore dziecko leżało razem ze zdrowym, i pielęgniarki twierdziły, że inne dzieci na pewno się nie zarażą. Pierwsza zachorowała córeczka pani, która leżała ze mną , Kasia zaraz potem. Kiedy po tygodniu wróciłyśmy do domu, Kasia była przeziębiona, odparzona, miała pleśniawki i początki grzybicy pod pachą. Po kilku dniach musiała dostać antybiotyk w zastrzykach. Miałam dość szpitala, chyba na zawsze. Mimo to fizycznie i psychicznie czułam się o wiele lepiej niż po urodzeniu Maciusia. Może to dlatego, że mając dwójkę małych dzieci nie miałam czasu na rozczulanie się nad sobą… Zaczęłam myśleć o trzecim dziecku…
Eleonora Bojarska


Witajcie,
mam na imię Małgorzata. Jestem mamą dwóch dorosłych, wspaniałych synów. Mimo, że od ich pierwszego oddechu minęło wiele lat, jak dziś pamiętam tamte chwile, radość i szczęście, ale również pytania i wątpliwości...