Doule.pl

Poród w samotności

© Petro Feketa

Moja ciąża była wymarzona i wyczekiwana. Pięć lat po ślubie okazało się, że będziemy mieli dziecko. Cudownie. Nasze wcześniejsze życie było dosyć bujne towarzysko. Dodatkowo uprawialiśmy sport ekstremalny, z którego teraz musiałam zrezygnować. Nie było dla mnie problemem, że mój mąż dalej uprawia nasze sportowe hobby sam. Lubię swój dom, ogródek, a dodatkowo w najbliższym sąsiedztwie aż cztery dziewczyny też czekały na maluszka. Czas ciąży zapowiadał się bardzo przyjemnie.

Jedyne, co zaczęło mi dokuczać, z miesiąca na miesiąc coraz bardziej, to coraz mniej czasu jaki w domu spędzał mój mąż. Ja nie nadążałam za jego tempem, teraz mając już coraz większy brzuch i czując się coraz bardziej ociężała. Jego coraz dłuższe nieobecności w domu tłumaczone były dużą ilością pracy. To zrozumiałe, rodzina się  powiększa, wydatki będą coraz większe. Któreś ze spotkań przedłużyło się tak bardzo, a telefon ukochanego był wyłączony, że nad ranem pełna niepokoju pojechałam go szukać. Widziałam już oczyma wyobraźni jego samochód leżący w rowie. W bagażniku miałam spakowana torbę z rzeczami potrzebnymi do szpitala. Nie wiedziałam, jak zareaguję na widok jego rozmazanych po asfalcie zwłok. Znalazł się przed czwartą, był na imprezie z kolegami. Nie dzwonił , bo nie chciał mnie obudzić. Rozsądny argument.

Do rozwiązania pozostało już niewiele czasu. Było coraz ciężej. Potrzebowałam wsparcia. Jakiegokolwiek wsparcia. Chciałam, żeby ktoś był przy mnie. Bałam się. Nie wiedziałam, co mówi do mnie moje ciało. Nie wiedziałam, czy moje wahania nastrojów to sprawka hormonów, czy pogłębiającej się samotności. Najgorsza była świadomość, że jestem sama. Żadnej rodziny, koleżanki zajęte pracą. A gdzie mąż?? A mąż, o czym jeszcze nie wiedziałam, najnormalniej w świecie się zakochał. Banalne, prawda? A  ja się nie domyśliłam. Biedaczek tyle pracuje, a jeszcze w domu ociężała żona.

W czwartek rano – trzy brzuchate dziewczyny – pojechałyśmy na targ oglądać wiklinowe koszyki. Potem do warsztatu samochodowego na regulację jakiegoś paska. Nie zapomnę tej miny mechanika, jak wytoczyłyśmy się z auta . Od najmniejszego brzuszka do największego. Potem pojechałyśmy do domu i na tarasie miałyśmy opychać się truskawkami. Czułam euforię, byłam taka zadowolona, coś się miało wydarzyć. I faktycznie. Najpierw nieznacznie, potem delikatnie, potem co 15 minut.  Zrezygnowałam z truskawek . Mój mąż nie odbierał. Zresztą mimo moich próśb, żeby w terminie porodu nie wyjeżdżał, pojechał 400km prowadzić szkolenie. Przy skurczach co 10 min zaczęłyśmy szukać chętnego kierowcy na kurs do miasta. Zawiózł mnie sąsiad, w towarzystwie swojej również ciężarnej córki. W szpitalu byłam przed 19.00, ze skurczami co trzy minuty. Resztę pamiętam jak przez mgłę.

Przyjechała moja szwagierka, do której zadzwoniłam w ostatnim momencie świadomości i chodziła ze mną po korytarzu, a szwagier próbował zlokalizować mojego męża. I nastał dzień kolejny. Z niego pamiętam tylko niewyobrażalny ból, strach i samotność. Następnych godzin nie jestem w stanie opisać. I nastał dzień kolejny . I jedynym ratunkiem dla mojego dziecka i dla mnie było cesarskie cięcie. Synek urodził się sobotę z 6 punktami.

Obolałe pacjentki po cesarce obmywają pielęgniarki. Ale tylko jeden raz, potem pomaga rodzina. Nie mogłam sięgnąć po wodę. Obca kobieta pomagała mi wziąć prysznic i obmywała mnie z krwi. Czy to hormony, czy strach? Dlaczego ja cały czas płakałam? Nie mogłam zająć się swoim synem . Nie mogłam myśleć, nie mogłam spać. Na szczęście miałam dużo pokarmu.

Mój mąż pojawił się na chwilę po dwóch dobach. A potem w dzień wypisu. Zawiózł mnie do domu. Dziecko w foteliku postawił na stole w salonie i wyszedł. Było mi zimno, byłam głodna, a w lodówce nic nie było. Nie miałam siły zrobić sobie herbaty. Miałam nadzieję, że Maluszek się nie obudzi i nie będę musiała go przewijać i karmić. Dlaczego w szpitalu nikt nie zwrócił na mnie uwagi? Dlaczego nikt nie zainteresował się moją depresją poporodową Byłam zbyt oszołomiona, żeby o siebie zadbać, byłam sama bez żadnego wsparcia.

Nie ma zakończenia, nie ma podsumowania…

Kondensacja

Podziel się tym artykułem ze znajomymi:
  • Facebook
  • Śledzik
  • Blip
  • Twitter
  • Wykop

10 komentarzy »

  1. Masakra :( aż przykro czytać…

    Ja, 7 stycznia 2011 o 22:10

  2. skąś to znam

    ola, 7 stycznia 2011 o 23:36

  3. aż żal czytać

    kasia, 8 stycznia 2011 o 01:24

  4. Byłam w podobnej sytuacji

    kinga, 8 stycznia 2011 o 15:08

  5. Bydlak… Szkoda, że go nie spakowałaś…

    Misiek, 10 stycznia 2011 o 20:59

  6. Przykre czytać coś takiego. Niektórzy faceci to kutasy że tak własnie kolokwialnie napisze! Dorośnijciei bazcie odpowiedzialni

    kaja, 10 stycznia 2011 o 22:51

  7. ale smutne ;( jaka bezradność. więcej doul, więcej doul !!! właśnie dla takich cudownych osamotnionych kobiet!!!

    kalyani, 29 października 2011 o 22:46

  8. Niestety, rzeczywistość jest taka, że w naszych szpitalach zajmuje się osobami tylko „fizycznie”, gadki o dbaniu o zdrowie psychiczne pacjenta można usłyszeć tylko w telewizji. Zrobiliśmy swoje, mamy inne problemy, radź sobie sam…

    Cięzarówka, 15 grudnia 2011 o 22:47

  9. Strasznie mi przykro :( Ten „mąż” to nie facet! Prawdziwy facet stał by jak dąb i pomagał… Biegał robić kanapki, obiady i herbatki! Niech ci nie będzie go żal! Masz wspaniałego przyjaciela w postaci dzidziusia i dla niego i dla siebie bądź silna!

    Majka, 12 stycznia 2012 o 23:22

  10. Silni mężczyźni zakładają rodziny, trwają przy nich, słabi szukają kochanek i ulatniają się przy byle niewygodach – szkoda, że czasem przekonać się o tym można po latach. Nie wiem komu współczuć bardziej! Zakończenia nie ma, bo życie trwa, ale podsumowanie warto zrobić, i wnioski wyprowadzić, by wiedzieć „co dalej”…

    Natalia, 3 lutego 2012 o 18:10

Dodaj komentarz