Witajcie obecne i przyszłe Mamy! Tatusiowie też :) Nareszcie! Super, że powstało właściwe miejsce, w którym można dzielić się wrażeniami i doświadczeniami z okresu ciąży i nie tylko! Kiedy ja przechodziłam ten stan, niestety nie miałam możliwości tak szybkiej wymiany informacji i odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, które zadane lekarzowi po nerwowym oczekiwaniu na wizytę, często kończyły się odpowiedzią „tak ma być”, „to normalne”, „proszę się nie denerwować”. Łatwo powiedzieć jak się wie, że tak ma być i nie trzeba czekać znów na kolejną na wizytę…
To wspaniale, że teraz każda przyszła mama może liczyć na wsparcie „dobrej wróżki”, czyli douli. Nie wiem jak Wam, ale mnie brakowało takiej dobrej wróżki! Ba! Ja nawet nie wiedziałam, że mogę szukać takiej osoby!
Mimo upływu lat od narodzin mojej córki, pamiętam radość i wzruszenie, ale pamiętam też moje obawy i niepokoje. Pozwólcie więc, że podzielę się z Wami moimi wspomnieniami.
Dziś, po kilkunastu latach siedzę wygodnie w fotelu i oglądam po raz kolejny zdjęcia wklejone do albumu … Albumu, który zawiera w sobie historię kolejnej istoty – dla mnie najważniejszej na świecie – mojej ukochanej córki. Uwielbiam to przywoływanie wspomnień, ten powrót do chwil, które zapadły w pamięć i odżywają za każdym razem… Za każdym razem, kiedy otwieram ten album i widzę zdjęcia USG pieczołowicie wklejane po każdym badaniu, moje serce bije mocniej. Najpierw kropeczka na zdjęciu USG, zapis tętna i radosna wiadomość, że będę mamą, a potem kolejne dni wspólnego przygotowywania się do nowej roli. I jak to w życiu: radość i wzruszenie przeplatane obawami i niepewnością.
Najpierw trudne początki…

USG w szóstym tygodniu ciąży
Niestety nie należę do tych kobiet, które ominęły poranne mdłości… A może to mit, że są takie kobiety?! Tak czy siak okropnie kręciło mi się w głowie i przez pierwsze dwa miesiące, gdy tylko otwierałam oczy czułam się jakbym nadal siedziała na karuzeli, na którą tata wsadził mnie na wesołym miasteczku, gdy byłam mała… Wtedy ta przyjemność skończyła się dokładnie tak samo (od tamtego razu na wesołym miasteczku spędzałam czas tylko na samochodzikach). W przypadku ciąży nie było jednak tak łatwo przesiąść się z karuzeli na samochodzik, więc postanowiłam znaleźć sposób, by to przetrwać. Pomyślałam, że w końcu nie jest tak źle, bo mdłości mam tylko rano, a nie cały dzień! Spróbowałam wpoić sobie, że to mdłości z głodu i zjadałam rano kanapkę w łóżku, zanim z niego wstałam. Wyobraźcie sobie, że przyniosło ulgę i nie było już tak strasznie. W końcu wiele zależy od tego jak zaprogramujemy nasz szanowny mózg.
Kolejne miesiące
mijały bez większych kłopotów. Nie zapomnę jednak, jak będąc w ósmy miesiącu wybrałam się na musical Metro (ówczesny hit hitów!). Z trudem zdobyte bilety, sala pełna widzów, radość, że wreszcie zobaczę to na własne oczy. Z emocji nie mogłam wręcz usiedzieć na miejscu! Zgasły światła i zaczęło się… No właśnie… i zamiast ‘zaczęło się’ dla mnie ‘zaczął się’, zaczął się istny koszmar… Wyobraźcie sobie, że od pierwszych dźwięków… bardzo, bardzo głośnych dźwięków, które popłynęły z głośników, zamiast skupić się na tym co działo się na scenie, ja zdrętwiałam z przerażenia uświadamiając sobie, że być może te głośne dźwięki zaszkodzą mojemu dziecku… Ta myśl tak mnie sparaliżowała, że wyszłam po 30 minutach z poczuciem winy. Ktoś czytając to, może się ze mnie zaśmiać, ale ja kompletnie nie wiedziałam co robić. Byłam całkowicie skołowana i naprawdę potwornie się przestraszyłam. Wierzcie lub nie, ale całą noc nie spałam, tak okropnie się denerwowałam. Nie miałam też odwagi zapytać lekarza czy głośna muzyka ma wpływ na moje dziecko. Czekałam więc z tym pytaniem aż do kontrolnej wizyty, która była za dwa tygodnie, dwa długie, bardzo długie tygodnie….

USG - jedenasty tydzień ciąży, strzałką zaznaczona jest widoczna stópka dziecka
Pamiętam też, jak pierwszy raz poczułam, że moja córka poruszyła się w moim brzuchu… Dla mnie to uczucie jest nieporównywalne z niczym innym. Ruch nowego życia w drugim ciele, to według mnie najwspanialsze, najcudowniejsze, naj…, naj…, najbardziej niesamowite co może przeżyć kobieta! Absolutnie wszystko inne gaśnie, gdy czujesz, że tworzysz jedno z nowym życiem, z nową maleńką istotą, która rozwija się w Tobie i dzięki Tobie. Mimo upływu lat i poznawania życia, do dziś nie zmieniłam zdania i uważam, że to niewyobrażalnie piękne, że kobieta może coś tak cudownego przeżywać. Pryskają jak bańki mydlane wszystkie niewygody, mdłości, drętwienia nóg, spanie w pozycji nietoperza, gdy wszystko boli i inne kobiece uroki, na które zwykłyśmy narzekać. Drogie Przyszłe Mamy, jeśli macie jeszcze jakiekolwiek wątpliwości czy dacie radę przejść trudny czas ciąży i porodu – moja odpowiedź brzmi – tak!, dacie radę, bo według mnie wszystko co niemiłe warto przejść, by doświadczyć tak cudownego uczucia i narodzin nowej istoty, która jest częścią Was!
Na sali porodowej
nie było przy mnie nikogo bliskiego. Był kompetentny personel i lekarz, któremu ufałam. Drogie Przyszłe Mamy – jeśli mogę Wam coś radzić – zapewnijcie sobie osobę, która będzie z Wami w tych chwilach. To bardzo potrzebne! Dałam radę, ale gdybym mogła to powtórzyć, wolałabym, by był ze mną ktoś bliski. Ktoś kto byłby nie tylko ze mną, ale i dla mnie. Rodziłam łącznie 6 godzin. Żeby nie powiało trwogą, że „długo”, że „ciężko” powiem Wam, że czas dłużył mi się tylko dlatego, że większość byłam sama. Bóle pojawiały się, ale tłumaczyłam sobie, że się kiedyś skończą, więc byłam cierpliwa. Dla rozweselenia dodam więc, że kiedy akcja porodowa dobiegała końca, a wskazówki na zegarze, który widziałam przed sobą, przesuwały się w stronę północy pomyślałam sobie, że skoro obydwie tak długo już znosimy te niewygody, to fajnie byłoby, żeby moja córka urodziła się po północy, bo będzie już wtedy pierwszy dzień wiosny czyli 21 marca. Wiosny, która niesie radość, świeżość, błogość i nowe życie. Skoro byłam w stanie myśleć o czymś takim, to poród nie może oznaczać jakiegoś koszmaru, prawda? I jak pomyślałam, tak się stało. Wybiła równo godzina 3:00, gdy na mojej piersi położono mi moją córeczkę. Łzy wzruszenia i radości ciekły mi strugami. Nie czułam już zimna, nie czułam bólu. Zniknęły w sekundzie jakby ich nie było, została tylko Ona – moja Maleńka, jej mały świat i mój nowy świat z Nią.
W szpitalu

Mój brzuch w trzydziestym pierwszym tygodniu ciąży
przez kolejne dni pobytu, nie odstępowałam jej na krok. To, że mogłyśmy być ze sobą było wspaniałe. Pamiętam jak drżałam, kiedy lekarz powiedział mi, że podejrzewają wadę serca u mojej córeczki i muszą ją przewieźć do innego szpitala na badania. Nie pozwolili mi z nią jechać, a ja umierałam przez te kilka godzin, gdy jej nie było. To było okropne. Wszystko jednak dobrze się skończyło i na szczęście wróciła do mnie cała i zdrowa, bez wady serca. Przez cały tydzień pobytu w szpitalu nie pozwalano na odwiedziny rodziny, nie było też komórek, więc naprawdę miałyśmy tylko siebie, ale to był nasz czas, kiedy poznawałyśmy się i uczyłyśmy siebie.
W pierwszych dniach trudno było mi jednak nauczyć się karmić i opiekować moim maleństwem. Choć personel szpitala był miły, to jednak nikt nie miał na tyle dużo czasu, by móc mi go poświęcić służąc pełną pomocą. Niestety nikt mnie też nie uprzedził, że ilość pokarmu, którą produkował mój organizm może być zbyt duża i co powinnam robić, by nie powstały z tego powodu problemy. Po ok. 2 tygodniach kiedy wyszłyśmy na spacer, ledwo z niego wróciłyśmy…. Już rano czułam się nieswojo, ale myślałam, że to dlatego, że nocki miałam nieprzespane, bo ktoś mi powiedział, że zdrowiej dla dziecka jest na początku stosować tylko tetrowe pieluchy…. Wstawałam więc do dziecka jak nie na karmienie, to na przewijanie…. Masakra! Jak dobrze, że ktoś wymyślił chłonne pieluchy, które w końcu zaczęłam stosować! Kompletnie nie umiałam zorganizować sobie wszystkich obowiązków, więc nie miałam też zbyt wiele czasu, by zadbać o solidny posiłek dla siebie. Wyszłyśmy na spacer, córeczka zasnęła, a ja poczułam, że coś ze mną jest nie tak… Głowa mi pulsowała, twarz piekła, piersi zrobiły się jak kamienie, a ciało odmówiło posłuszeństwa. Czułam się jak w letargu. Szczęście, że szła akurat moja mama. Bez niej chyba nie doczłapałabym się do domu. Jak zmierzyłam temperaturę, to słupek rtęci dojechał do 40 stopni … Ból i odrętwienie u mnie, a płacz i głód u mojej małej córeczki. Nie wiedziałam co robić. Oczywiście doszło do zatrzymania pokarmu, ale nikt mi nie powiedział, że tak może się stać! Dopiero odciągnięcie przyniosło ulgę, ale gdyby nie moja mama, sama bym sobie nie poradziła i z dzieckiem i z pokarmem. Kiedy opanowałyśmy sytuację, spokój mojej najedzonej córeczki i jej błogi sen, wynagrodził ból i cierpienie. Szkoda tylko, że musiałyśmy przez to przejść, tylko dlatego, że nikt nas nie uprzedził, jak temu zapobiec.

USG w trzydziestym siódmy tygodniu ciąży, widoczne serce dziecka
Drogie Mamy!
Warto pokonać niepokój przed porodem, chłód sali przedporodowej i samotność, której ja doświadczyłam oczekując na przyjście na świat mojej ukochanej córeczki. Warto, bo mając w sobie nowe życie i siłę, którą mamy tylko my – kobiety, jesteśmy w stanie przetrwać wszystko – dla siebie i dla naszego dziecka. Można jednak ten czas przeżyć piękniej i spokojniej i warto o to zadbać zawczasu.
Gdy leżałam na twardej leżance, w pustej, chłodnej sali, opasana czujnikami, które monitorowały tętno i czekałam na kolejne skurcze, których ból paraliżował mi ciało, odgłos bicia serca mojego dziecka przyćmiewał to wszystko. Myśl o niej i wsłuchiwanie się w jej maleńkie, bijące serduszko było lekiem przeciwbólowym i adrenaliną zarazem. Brakowało mi tylko kogoś, kto razem ze mną mógłby też to słyszeć i przeżywać. Miałyśmy tylko siebie i naszą wzajemną miłość i zaufanie w obawie przed nieznanym światem, który zmienił się dla nas obu od godziny 3:00 21-go marca 1994 roku… Światem, którego za nic nie zamieniłabym teraz na inny.
Gdybym jednak mogła cofnąć czas przygotowań do tego cudownego dla mnie dnia, chciałabym uniknąć niepotrzebnych obaw i mieć wiedzę, której wtedy nie miałam, a także walczyć o obecność bliskiej osoby przy mnie w szpitalu.
Dlatego zachęcam Was Drogie Mamy – dzielcie się swoimi przeżyciami, by dzięki temu opowiedzieć o czymś, co pomoże przyszłym mamom w ich nowej drodze. Piszcie, by podzielić się radością, którą niesie ze sobą nowe życie!
Pozdrawiam Was ciepło,
Iwona


Witajcie,
mam na imię Małgorzata. Jestem mamą dwóch dorosłych, wspaniałych synów. Mimo, że od ich pierwszego oddechu minęło wiele lat, jak dziś pamiętam tamte chwile, radość i szczęście, ale również pytania i wątpliwości...
co szukalem, dzieki
igningeclitle, 31 stycznia 2011 o 07:09