
© ABC photos
Jestem po raz trzeci w ciąży. Bardzo się cieszę.
Jak poprzednio zastanawiam się nad porodem w domu. Dzwoniłam do znajomej położnej, ale ona nikogo takiego nie zna, słyszała tylko o kimś na Śląsku. Może znajdzie adres.
Jak bardzo mi na tym zależy?
Chyba bardziej niż poprzednio. Dzwonię, szukam. Mąż jest oczywiście za.
W końcu dostaję telefon do położnej ze Śląska. Zastanowię się, ale raczej zadzwonię.
Wczoraj trochę przesadziłam ze sprzątaniem i przenoszeniem książek i w nocy rozbolał mnie brzuch. Rano pojechałam do szpitala, nic się nie dzieje, dostałam to, co zwykle w takich przypadkach tzn. magnez i no-spę, mam leżeć. Jeśli miałam jeszcze jakieś wątpliwości, to po tej wizycie mi przeszły. Nie chcę mieć nic wspólnego ze szpitalem.
Jesteśmy umówieni w Mikołowie. Pojedziemy przy okazji odbierania dzieci od Babci.
Często myślę o porodzie. Wymyślam sobie wszystko, od początku do końca. Gdzie, jak, w jakiej pozycji, z kim. Wydaje mi się, że dzieci powinny być w domu, żeby mogły od razu zobaczyć malucha. Chciałabym mieć w pobliżu bliskie osoby. Zobaczymy. Na razie nie mówimy nikomu, (zwłaszcza babciom), że chcemy rodzić w domu. Nie ma sensu tracić czasu na jałowe dyskusje.
Byliśmy w Mikołowie. Rozmowa o porodzie i pytanie „Czego ode mnie oczekujecie?”. Coś tam bąkałam w odpowiedzi, ale już mówiąc czułam, że to nie to, że ja chyba nie do końca wiem, nie do końca czuję, co oznacza poród w domu. Czytam jeszcze raz dokładnie „Poród w domu” Ireny Chołuj i „ Rodzić w domu”. Sheili Kitzinger. Tym razem zwracam uwagę na trochę inne sprawy.

© Adam Borkowski
K. (położna) mówi do nas po imieniu, mój mąż, jak to on, natychmiast się do tego dostosowuje, ja, jak to ja, też bym chciała, ale jak zwykle mam opory. Cóż, wychowanie. Na razie używam form bezosobowych i czekam aż mi przejdzie.
Rozmawiamy z mężem o odpowiedzialności i dostrzegamy, że przyzwyczailiśmy się, że decydują za nas tzw. eksperci. Lekarze nas leczą, nauczyciele uczą nasze dzieci, itd. itp. Wcale nam się to nie podoba. Czego oczekuję od K.? Że będzie przy nas, że to JA urodzę moje dziecko i tylko ja będę odpowiedzialna, nawet, a może zwłaszcza wtedy, kiedy coś pójdzie źle.
Czekam na poród niecierpliwie, jak na zadanie, w którym mam się sprawdzić.
5.02.2001
Pojechaliśmy na zakupy do Makro. Pochodziłam trochę i zaczął mnie boleć brzuch. Mąż mówi, że rodzę, mnie się wydaję, że jednak nie.
Jesteśmy już w domu. Kto wie, może to rzeczywiście już to? Skurcze są mało bolesne i nieregularne. Zadzwonię do K. jak coś zacznie się zmieniać. Mąż mnie pogania, boi się, że będzie musiał, jak mówi, „łapać dzidziusia”.
W końcu dzwonię, umawiamy się na telefon za kilka godzin. Do wieczora nic się nie zmienia, poza tym, że zaczyna mnie męczyć biegunka. Skurcze są na tyle uciążliwe, że nie sposób ich ignorować, niektóre stają się bardziej bolesne. Czytam po raz kolejny objawy porodu pozornego i prawdziwego i nic z tego nie wynika. To nie jest podobne do niczego, co znam z poprzednich porodów. Idę spać , w nocy kilka razy budzą mnie skurcze i biegunka. K. mówi, żebym zadzwoniła, kiedy będę chciała żeby przyjechała. Właściwie to chciałabym od razu, bo sama nie wiem, co o tym sądzić, ale to za daleko, żeby ją ściągać tylko po to, żeby zaraz wracała z powrotem. Rano nie jestem specjalnie wyspana. Robię śniadanie, skurcze co 4 minuty. 10:00 dzwoni K., decyduje, że przyjedzie. Ulga, chociaż sytuacja dalej nie jest wyjaśniona. Skurcze są, kiedy chodzę, znikają, kiedy się kładę, żeby odpocząć. Staram się robić to, co zwykle, ale jestem coraz bardziej zmęczona.
K. przyjechała po 12:00. 3 cm rozwarcia. Chodzę. 3 cm. Idziemy na spacer. 3cm. Wieczór, 3cm. Idziemy spać. O 4 nad ranem budzą mnie skurcze. Chodzę do 7:30. Boli, ale do wytrzymania. K. wstaje. 3 cm. Chodzę po schodach. Boli coraz bardziej. 3 cm. Robię się coraz bardziej zmęczona i zniechęcona. Trzeba coś zdecydować. Możemy czekać dalej, jechać do szpitala albo do Izby Porodowej w Lędzinach. Nie mam siły na kolejną nieprzespaną noc, Decyduję się na Izbę, chociaż nie cieszy mnie myśl o ewentualnej kroplówce. Marek trochę zły, ale czuje, że to właściwa decyzja. Chyba ze strachu skurcze są przez jakiś czas mocniejsze. 3 cm. Obiad, pakowanie dzieci do babci, jedziemy. Skurcze przez całą drogę są, ale słabe, staram się nie zwracać na nie uwagi. Boję się, że po ewentualnej oksytocynie nie dam sobie rady. Trudno, i tak nic nie mogę na to poradzić. Wreszcie dojeżdżamy, mąż jedzie zawieźć dzieci, a my wchodzimy, rozbieram się i rozglądam. Wygląda miło. Cisza, spokój. Najważniejsze, że K. może być ze mną. Wchodzę na fotel, zaczynamy od przebicia pęcherza W samą porę przyjeżdża mąż. Klęczę, opierając się o niego. Jest mi niewygodnie, decyduję położyć się na chwilę i to jest błąd, bo potem nie jestem już w stanie sama zmienić pozycji. Skurcze są jak burza, jak tajfun i tornado.
Najgorsze jest to, że słyszę doskonale co się dookoła mnie dzieje, ale sama nie bardzo jestem w stanie mówić , a co dopiero coś robić.
Równocześnie mam wrażenie, że jakaś część mojego umysłu oddzieliła się i patrzy z boku na to co się ze mną dzieje. Nie jest mi wygodnie w pozycji, w której leżę. K. przychodzi i mówi o czopkach rozkurczających. Nie cierpię czopków. A poza tym obawiam się, że wtedy to wszystko będzie trwało dłużej. Mąż jakby czyta w moich myślach i pyta o to – podobno przy odpowiednio rozwiniętych skurczach nie ma takiej obawy. Świetnie, ale i tak nie chcę czopków. Wolę, żeby ktoś urodził za mnie, a ja może spróbuję jeszcze raz, kiedy indziej. Już rozumiem, po co wymyślono znieczulenie zewnątrzoponowe. Ale igła w kręgosłupie? Kolejny skurcz jest tak silny, że oddychanie nie pomaga. Krzyczę i natychmiast przestaję, bo jednak wtedy jest jeszcze gorzej. Myślę, że nie dam rady, że już dłużej po prostu nie wytrzymam i znów pojawia się ta chłodna myśl, wypowiedziana jakby przez kogoś innego :„nie wytrzymasz? A niby co zrobisz?” .No tak, nic nie zrobię, nie da się uciec. Nagle czuję skurcze parte. Wcale nie jest lepiej. W pewnym momencie słyszę i rozumiem tylko głos K. Cierpliwy i spokojny. Bez śladu zdenerwowania. Dziwię się, bo ja sama straciłabym do siebie cierpliwość. Przecież nie robię tego, co powinnam. Staram się. A może za mało?. Chwilami wcale się nie staram, bo bardzo boli mnie krocze, a kiedy prę, to trochę przestaje. K. i druga położna podnoszą mnie, klęczę, chociaż niewygodnie, bo zaplątałam się w worek i nie mogę oprzeć się na obydwu kolanach. Ktoś położył przede mną zimną, mokrą pieluszkę. Opieram o nią twarz i przytomnieję – jak dobrze!

© Anatoly Tiplyashin
Słyszę jak K. zastanawia się nad nacięciem, miło z jej strony, ale mam ochotę krzyknąć „nie zastanawiaj się, tylko tnij! I znów nie mogę nic powiedzieć. „Jest za pięć szósta, o szóstej maluch będzie z nami – to znowu K. Jeszcze tylko chwila, jeszcze jeden skurcz! W którymś momencie dotykam główki rodzącego się maluszka. Czuję tylko czubeczek, a wokół skóra. Ciekawe, wydawało mi się, że kiedy główka już wysunie się z pochwy, to jest po wszystkim. (Kiedy teraz głaszczę maluszka po główce, wraca tamto wrażenie – bardzo miłe. ). Wreszcie jest. Czuję ulgę, chociaż dalej boli. Duży chłopczyk. Duży? Mnie wydaje się malutki. Dotykam go i przytulam. Jest cieplutki i nie płacze. Mam ochotę obejrzeć go całego, dlatego odkrywam go trochę i patrzę na malutkie stópki i pupcię , która wygląda śmiesznie, jakby było na niej za dużo skóry. No i oczywiście sprawdzam, czy to na pewno chłopczyk. Rodzi się łożysko i wyjaśnia się prawdopodobna przyczyna zatrzymania postępu porodu – węzeł na pępowinie. Czegoś takiego nigdy bym się nie spodziewała!. Wiem, że taka komplikacja może skończyć się tragicznie, jednak jakoś jeszcze to do mnie nie dociera. Zresztą cieszę się głównie, że już mnie nie boli. I jestem trochę zła na siebie. Wydawało mi się, że potrafię zapanować nad swoim ciałem, że dam sobie radę w każdej sytuacji. Nie jestem z siebie zadowolona.
Szycie nie boli bardziej niż w szpitalu, a może nawet mniej, ale odbywa się w zdecydowanie przyjemniejszej atmosferze. Mąż daje mi wody, K. smaruje wargi – jak to miło, że ktoś o mnie dba.
Cud! W godzinę po porodzie mogę usiąść na ustępie!
Nie wyobrażałam sobie, że może być aż tak inaczej niż w szpitalu. Tutaj nikt się nie spieszy, na wszystko jest czas. Nie ma wstawania o szóstej rano, obchodu, mierzenia temperatury, nie ma obcych, codziennie innych ludzi. Są życzliwe kobiety, mówiące normalnie, nie medycznym żargonem. Czuję, że jestem dla nich konkretną osobą, czuję, że lubią mojego synka. Traktują go jak człowieka, a nie jak „dziecko, sztuka jedna”. Kąpiel wtedy, kiedy maluch się obudzi, badanie i szczepienie, kiedy się naje. W niedzielę jedna z położnych mówi, że idzie gotować obiad, a jak byśmy czegoś potrzebowały, to mamy wołać. Wyobrażacie sobie coś takiego w szpitalu? Czuję się tylko trochę samotna, bo nie ma mnie kto odwiedzić.
Maluszek nie jest szczelnie zawinięty w becik, mogę go oglądać, głaskać, przytulać – i robię to właściwie cały czas. Przywiozłam sobie jakieś książki, ale nie mam ochoty czytać. Po prostu leżę, odpoczywam i cieszę się dzieckiem. Jak to dobrze, że nie zdecydowałam się na szpital!
Antoś to właściwie sama radość, nawet kiedy ma gorszy dzień i troszkę marudzi. Wyczuwam jego potrzeby o wiele lepiej, niż starszych dzieci. Mam wrażenie ciągłości przebywania z nim – ani na chwilę nie został ode mnie oddzielony. Maciuś w ogóle nie był ze mną po porodzie, Kasia tylko chwilę leżała na moim brzuchu. Później też jakby ich nie było, bo jak można poznawać dziecko zawinięte szczelnie jak pakunek, którego nie można w zasadzie rozwinąć, bo pod spodem tylko pielucha i cienka koszulka? Efekt był taki, że instynktownie kochałam ich od razu, ale jako osoby – kilka miesięcy później, jak już się dobrze poznaliśmy. Antoś od początku jest dla mnie kimś, kto ma swoje zdanie, swoje potrzeby i jasno je komunikuje. Myślę, że to zasługa warunków w jakich się urodził i tego jak byliśmy oboje traktowani po porodzie.
Może zdecyduję się na jeszcze jedno dziecko?
Eleonora Bojarska


Witajcie,
mam na imię Małgorzata. Jestem mamą dwóch dorosłych, wspaniałych synów. Mimo, że od ich pierwszego oddechu minęło wiele lat, jak dziś pamiętam tamte chwile, radość i szczęście, ale również pytania i wątpliwości...